Pod dyktaturą dorosłości

                                                                         Dorosłość przychodzi niepostrzeżenie. Niby każda z nas na nią czeka, a jednocześnie broni się przed nią jak może. To taki paradoks. Boimy się, że nie damy rady, nie uda nam się spełnić oczekiwań innych, zabłądzimy, zatracimy siebie, zgubimy wolność. I wcale nie dziwię się tym, którzy długo nie chcieli, a może nadal nie chcą dorosnąć. Być dojrzałym, jak to poważnie brzmi! Bo właśnie o powagę tutaj chodzi, a może właśnie nie! Poznałam wiele osób, które pomimo swego młodego wieku są zmęczone życiem, nastawione na nie i nie mają w sobie iskry. Poznałam też osoby, które jak na swój nota bene „dojrzały” wiek promienieją beztroską, optymizmem. Nastolatkowie czasami z zazdrością patrzą na swoich starszych kolegów, którzy więcej mogą. Można przecież pić, palić, wracać do domu nad ranem. Ale czy przypadkiem dorosłość nie wprowadza w nasze życie ograniczeń? Nie wypada przecież tego czy tamtego, nie można być nierozsądnym i beztroskim, trzeba przestrzegać pewnych zasad. Beztroska lekkość bytu bywa utożsamiana z głupotą, naiwnością, lekkomyślnością. Często słyszymy: teraz to już nie wypada, przyszedł inny etap, tego nie można. Jaka to irytująca postawa! Nie mówię o tym, aby być Piotrusiem Panem czy Wendy. Ale dajmy sobie trochę swobody i nie pozwólmy uśpić w sobie ciekawości świata, spontanicznych reakcji czy chęci poznawania, odkrywania i doznawania wciąż nowego.